Aż do końca mojego pobytu pracowałam, dysponując ograniczonymi zasobami. Ostatnio było wiele przerw w dostawach prądu, a jako że paliwo jest dość drogie, nie mogliśmy się oprzeć na generatorze prądu w szpitalu. Zatem rany zszywaliśmy w ciemności, posługując się tylko latarką, a zastrzyki dawaliśmy przy świetle lamp naftowych.
Te ostatnie trzy miesiące były też bardzo bogate w relacje międzyludzkie. W ciągu dnia i po pracy dużo czasu spędzałam z pacjentami i personelem, chodziłam z wizytą do osób, z którymi widywałam się codziennie. Bardzo byli dumni z tego, że mogą mi pokazać swoje domy! Zdałam sobie sprawę, że kiedy ludzie nie mają nic, swoją godność mogą okazać przyjmując gości w domu. Zrozumiałam też, że nie powinniśmy zbyt podkreślać wartości rzeczy materialnych.
Największą trudność sprawiało mi znalezienie równowagi: być obecną i gotową do słuchania, być uważną, uczyć się od innych i czekać... to właśnie jest misja! Czekanie nie jest stratą czasu! Ostatecznie te trudności, które napotkałam były o wiele mniej ważne, kiedy je zestawiłam z pięknem spotkania i wymiany. Zobaczyłam, że realnie i bardzo konkretnie jesteśmy częścią jednej ludzkiej rodziny.