Każdy dzień w Gainesville rozpoczyna się jednakowym rytuałem. Wcześnie rano uruchamiamy nasz wielki ekspres do kawy, przygotowujemy termos, pakujemy nasz wózek i jedziemy w miejsce, gdzie spodziewamy się spotkać naszych braci: latynoskich robotników, którzy szukają pracy na dziś.
Codziennie rano ciężko pracuje nad tym, żeby nauczyć się imion nowoprzybyłych. Niektórzy dopiero dotarli z Meksyku, inni niestety są nowi, bo właśnie zostali zwolnieni z pracy. Trudna sytuacja gospodarcza w kraju jest szczególnie odczuwalna w tym zakątku, gdzie jest niewielu pracodawców poszukujących pracowników. Są tacy, którzy nie nie przepracowali dnia od ponad tygodnia, nastroje mają fatalne. Staramy się ich wysłuchać, poklepać po ramieniu, poczęstować gorącą kawą i – kochać tych braci w potrzebie.
Zawitał do nas chłód, więc włożyłem rękawiczki i czapkę. Odkryłem głębsze znaczenie tej kawy. Przez sześć miesięcy wstawałem wcześnie, żeby iść na spotkanie z tymi ludźmi. Uczę się żyć w wierności Bogu, co wydaje się być dla nich najbardziej poruszającym świadectwem. Deszcz, wiatr czy chłód, jesteśmy z nimi, żeby ukazywać miłość Pana do swoich dzieci.